RSS
piątek, 29 kwietnia 2011
wiecie gdzie mam staranność...?

primo po pierwsze. konkurs Blumag zakończony. karo dawaj na mojego maila (anulina@gazeta.pl) swój adres tradycyjny. uczłowieczanie czyli homogenizacja wywołała u mnie ciąg skojarzeń, który świadczy o tym, że homogenizacja ma związek z człowieczą formą: homogenizacja -> serek -> ser -> sir

teraz staranność. a właściwie niestaranność. już mnie szlag trafia jak tylko słyszę to słowo. jeśli wasze dzieci są niezłe w szkole i brylują czytaniem i pisaniem w przedszkolu, a jak przychodzicie do ww. instytucji i słyszycie, że bardzo ładnie liczy, czyta ale 'jest niestaranny/a' i pani jedna z drugą rozwodzą się nad tym jak ważna jest w życiu 'staranność' to ok, wysłucham zawsze grzecznie do końca ale słuchając myślę sobie: a w dupie mam tę całą staranność!

tak, przyznaję. ja nie jestem staranna i moje dzieci też nie. piszę fatalnie (ale kto teraz pisze ręcznie?) czasem Michowi usprawiedliwienie napiszę, ot całe moje ręczne pisanie

rozmowa z wychowawczynią Micha

ja: to super, że wszystko super

wychowawczyni: ale wie pani, jest jedna rzecz... on jest bardzo niestaranny... bardzo brzydko pisze...

ja: no wszystkiego mieć nie można...

wychowawczyni: nad tym trzeba pracować... bo wie pani, staranność jest bardzo ważna. jeśli będzie niestaranny, to na przykład będzie miał problem ze znalezieniem pracy...

ja: ????? 

wychowawczyni: (patrzy na moją minę. widzi, że nie rozumiem o co jej chodzi) rozumie mnie pani?

ja: nie. ja piszę fatalnie i jestem bardzo niestaranna. a w związku z tym nie miałam nigdy problemów ze znalezieniem pracy


przez tzw niestaranność miałam zawsze problemy w szkole i tylko tam. za zeszyt było trzy na szynach wiec średnia ocen była obniżona tą durną oceną za zeszyt... zawsze próbowałam dyskutować z nauczycielami, że przecież ze sprawdzianów mam piątki i z odpowiedzi też 5 więc co ma do mojej wiedzy zeszyt?? wtedy okazywało się, że bardzo dużo: zeszyt=niestaranność=moja dyskusja=pyskujesz do nauczycieli=obniżone sprawowanie=poprawne=nie dostaniesz plakietki wzorowy uczeń

a w dupie miałam te plakietki! i całkiem słusznie, że tak zawnioskuję po latach. lepiej być niestarannym i niegłupim niż bardzo starannym i głupim

a dwa w jednym to tylko szampon

i próbka niestaranności w wydaniu Micha. ma zeszyty podobne do moich... przyznam nawet, że uczeń przewyższa w niestaranności mistrza...



18:11, anulina
Link Komentarze (19) »
środa, 20 kwietnia 2011
nota na dragach

jak każdy bloger dostaję na maila różnistą korespondencję. często są to prośby o 'wymianę linków' albo zareklamowanie tj przemycenie w treści jakiegoś słowa. z reguły traktuję takie maile jako spam. tym razem jednak przyszedł mail w sprawie poprawiania sobie nastroju. w tym to akurat celuję więc korespondencję doczytałam do końca. było 'witam anulino' oraz 'chcielibyśmy zaproponować ci udział w akcji' itp. dobra, jeśli chodzi o poprawę nastroju to wchodzę. kokosów na tym nie mam (ot magnezu się za friko najem), ale jeśli czytelnicy wykażą się kreatywnością to ten najbardziej kreatywny dostanie NAGRODĘ. nagroda sponsorowana jest przez firmę Blumag, która wynalazła niejaki NASTROJOMETR

mag to chyba magnez – pomyślałam sprytnie (któż by podejrzewał, że jestem aż tak domyślna?) a magnez łykam, bo oko mi często lata i stresa życiowego mam, a ponoć magnez na stres też działa. nota bene jak sobie dobrze wmówić, to nawet herbatka z melisy ma moc relanium 5mg. dobra. wiemy już, że mam stresa życiowego i jakoś sobie z nim radzę. no bez przesady, nie do końca sama. w apogeum stresu latałam do psychoterapeuty. dla ścisłości - apogeum to nie moment kiedy łamiemy obcas tylko moment kiedy wasze układane latami życie w 5 minut rozpada się na kawałki (zamiast 'rozpada' chciałam użyć słowa 'rozpierdala' bo ono tutaj najlepiej pasuje, ale że nota jest było nie było sponsorowana to nie wypada!) wyczołgałam się na szczęście z bagna psychicznego, posklejałam i połatałam

wróciłam do starych metod poprawy nastroju. w moim przypadku proces polega na  kierowanie procesów myślowych (tak tak, zachodzą takowe w mojej blond główce!) w stronę absurdu. uwielbiam absurdalny humor. odziedziczyłam to w genach po moim tacie. tata na przykład bardzo lubi jak się mu przy włosach coś robi, czesze itp. jako dzieci z moim bratem zarabialiśmy po złotówce na donaldówy za czesanie taty, a miał bardzo grube i buje włosy. pewnego dnia wymyśliłam, że zrobię tacie super fryza, wzięłam swoje spinki, gumki i nawpinałam mu we włosy, powiązałam. tata oczywiście poddawał się zabiegom z wielką przyjemnością. nagle dzwonek do drzwi. mama otwiera a tam stoi facet z papierami: 

- dzień dobry, czy jest pan inżynier X? mam tutaj dokumentację do podpisu…  

a tata po prostu wstał z fotela i z różowymi spinkami pojawił się przed owym facetem…


teraz, jeśli ktoś mi zepsuje humor to (powinnam napisać że łykam magnez ale nie łykam, bo służy mi on głównie jako remedium na latające oko!) wymyślam sobie różne słowa i nadaje im inne znaczenia. przykład z niedawna: babka z poczty na mojej wsi popsuła mi dobry, wiosenny nastrój. wymyśliłam sobie wtedy trzy słowa: 

deratyzacja – równie dobrze może oznaczać przecież pozbawianie kogoś jego racji! od razu wpasowałam słowo w kontekst: dyskutowałam ostatnio z moim wujem Józefem na temat wyższości energii atomowej nad tą, pozyskiwana z kamiennego węgla. na początku dyskusji byłam przekonana do swoich racji – naczytałam się trochę i wprawnie żonglowałam argumentami. niestety, wuj Józef jest 10 razy mądrzejszy ode mnie w tej kwestii – z wykształcenia chemik, mega oczytany. w toku dyskusji kompletnie mnie zderatyzował :D

fosforyzacja - tak powinien nazywać się proces świecenia naszych kości jak już nas włożą do grobów. faszerujemy się różnymi chemikaliami na poprawę nastroju ;) i inne dolegliwości. w życiu doczesnym same plusy, w życiu wiecznym również: będzie jaśniej na ziemskim padole!

pasteryzacja - w przypadku tego słowa wyobraziłam sobie pana Pasteura (od którego przecież słowo pochodzi) poddanego procesowi, który sam wynalazł. przecież najlepiej sprawdzić odkrycie empirycznie!

teraz wasza kolej, drodzy czytacze. proszę w komciach o słowa, które wam poprawiają humor. może też nadajecie wyrazom nowe znaczenia? jest fajna nagroda, sponsorowana przez firmę Blumag! nagrodę – pokaźną ilość polepszacza nastroju (całkowicie legalna substancja ;) prześlę zwycięzcy tradycyjną pocztą. przyda się, bo babki z poczty potrafią czasem skutecznie popsuć humor!

teraz jeszcze raz (zgodnie z 'ustaleniami ;) polecę NASTROJOMETR




i jeszcze musze za te tablety umieścić tu regulamin konkursu
19:29, anulina
Link Komentarze (17) »
środa, 16 marca 2011
kto samotną matkę oszukuje...
ten srodze pożałuje
w wiecznym życiu w piekle sie zasmuci
a w doczesnym - kase (z nawiązką!) zwróci

ta... wierszykiem częstochowskim ku przestrodze złym ludziom, którzy obskubać matke spróbują

matka z dziećmi tymczasowo na wioche sie wyniosła. wynajeła chate i sobie grzecznie wszyscy mieszkali. chata jest niby jednorodzinna i należy do jednego właściciela. jej część jest jednak wydzielona i właściciel wynajmuje ją dwójce lekarzy, którzy mają tam a la 'przychodnię' - tj. dwa prywatne gabinety. stomatolog i coś tam jeszcze. wejście do przychodni jest od drugiej strony ulicy.
matke niepokoiły troche rachunki. nie, spokojnie. nie sam fakt, ze przychodziły. matka zdawała sobie sprawę, że nawet na takie wiochy poczta dociera. rachunki jednak były wyższe niż powinny. matka zaczęła specjalnie zwracać uwagę na rozpalone światła czy porozkręcane grzejniki. rachunki jednak ani drgnęły. aż pewnego dnia...

jade autem, dzwoni telefon

ja: tak?

właściciel chatki: witam pani aniu

ja: witam

właściciel: (dziwnie sie zachowuje, czegoś chce...)

ja: (przypominam sobie, ze w weekend dzwoniłam do jego ojca, ktory mieszka w tej samej wsi, bo grzejniki w pokojach zaczęły burczeć jak wściekłe. zaczynam więc mu o tym opowiadać)

właściciel: (bardzo sie ożywia, kiedy zaczynam ten temat) no własnie. pani aniu, trzeba zrobić przegląd instalacji grzewczej...

ja: nie ma takiej konieczności. problem zniknął. wyłączyłam piec i wieczorami palę w kominku

właściciel: (niezadowolony wyraźnie) mimo wszystko chciałbym dziś do pani kogoś wysłać żeby rzucił okiem na instalacje

ja: prosze bardzo

wieczorem przychodzi ojciec właściciela z kombinerkami i oznajmia mi, że będzie odpowietrzał grzejniki. jestem w lekkim szoku, że tacy uczynni chociaż grzejniki grzeją bez zarzutu (pod warunkiem, że jest włączony piec ;)

ojciec właściciela: no, teraz proszę włączyć piec

ja: ale po co?

ojciec właściciela: musimy sprawdzić, czy dobrze odpowietrzone

ja: ale one działały... nie zgłaszałam przecież, że są zimne... 

dla świętego spokoju włączam piec. po kilku minutach grzejniki robią się letnie

ja: wszystko ok. dziekuję panu (mówię i podchodzę do pieca klikając pik pik i go wyłączam)

ojciec właściciela: co pani robi??

ja: (kurde, o co kaman??) wyłączam piec, a co?

ojciec właściciela: proszę zostawić włączony

ja: słucham?

ojciec właściciela: (rozbrajająco szczerze jak na spowiedzi) lekarze z przychodni skarżą się, że im zimno

ja: słucham??

ojciec właściciela: no, bo oni... ten... z tego pieca też...

ja: co??

zostawiam gościa i wybiegam z chaty. wpadam do przychodni. akurat stomatolog komuś coś wierci. zna mnie z widzenia, bo byłam kilka razy jako pacjentka plus czasem jego poczta sie u mnie plącze

ja: witam, ja chcę tylko wiedzieć w którym miejscu macie tutaj państwo liczniki

stomatolog znad cudzej paszczy: jakie liczniki?

ja: no prąd, gaz, woda...

stomatolog: nie mamy żadnych liczników

ja: to jak płacicie za media?

stomatolog: ryczałtem właścicielowi


wyłażę z koparą opuszczoną do samej ziemi i próbuję oszacować jaką kasę wydałam, aby zapewnić 'sąsiadom' prąd, gaz i wodę...


18:54, anulina
Link Komentarze (25) »
piątek, 11 lutego 2011
Dzień Rozwiedzionych


nadchodzą walentynki. w necie co strona to błyska czerwone serce i wielka miłość. wróżba miłosna. piesek z serduszkiem. owariowaliśmy już. na mojej wsi jest sklep z tak zwanymi upominkami. sklepik doskonale wyposażono przed walentynkami. czegóż tam nie ma! kartki wielkości blatu stołowego z napisem KOCHAM CIĘ! pluszaki różniste z plastikowymi plakietkami. hasła do wyboru, w zależności od zwierzątka: jesteś moim koteczkiem! jesteś moim pieseczkiem! jesteś moim osiołkiem!

i wszystko jest czerwone, krwiste i bardzo miłosne! a w przyrodzie musi być równowaga. skoro jest Dzień Zakochanych to poproszę o zorganizowanie Dnia Rozwiedzionych! niechże i oni mają swoje święto. oficjalny termin do fetowania. Dzień Rozwiedzionych byłby okazją do produkcji gadżetów w innych barwach co stanowiłoby przeciwwagę do zużytych setek hektolitrów czerwonej farby, materiału i pluszu na walentynki. w Dniu Rozwiedzionych dominowałyby kolory czarne i brązowe, czasem ciemnoszare (szansa również dla pewnej ilości farby białej). czarne barany, czarne owce, brązowe osły i jelenie, szare myszki, bure suki. wszystko oczywiście z odpowiednimi, czarnymi plakietkami: 

Wale cie, ty wale! 

Suka dla suki!

Nigdy nie miałam orgazmu!

Widzę poroże?! Nieboże! 

wielkie szanse i możliwości dla wielkiego przemysłu!

w Dniu Rozwiedzionych mogłoby być również miło i sympatycznie. skruszeni byli mężowie, zrozumiawszy po latach jak bardzo zbłądzili rozwodząc się ze swoimi żonami, matkami-swoich-dzieci, raz do roku, w Dniu Rozwiedzionych, wręczaliby im na przykład takie oto miłe kartki



zastanawiam się tylko dlaczego nikt jeszcze na zorganizowanie takiego święta nie wpadł...?

a obrazek z mojej głowy wyrysował idealnie bagienny

i jeszcze tutaj bagienny jest :)


 
09:56, anulina
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
licencja na zabijanie

pilnie poszukuję urzędu bądź instytucji, która mi ją wyda. na pewno można coś takiego otrzymać, bo nawet taki film był. licencja na zabijanie. filmu nie widziałam, bo nie lubię oglądać jak się zabijają. z tytułu domyślam się, że mieli licencję. skoro mieli to ktoś im ją wydał. ja też takiej potrzebuję. najlepiej, żeby był podpis. czytelny. i pieczątka. oraz data. wtedy będę miała pewność, że licencja jest ważna. mam ochotę kogoś zabić. spokojnie, nie chcę likwidować żadnych przypadkowych osób! jestem w pełni zrównoważona! mam ochotę zabić Konkretną Osobę. żadnych przypadkowych, niewinnych ofiar. moja potencjalna, konkretna ofiara jest oczywiście winna i mam uzasadniony motyw. żeby nie było, ja nie planuję tej osoby zabić! zrobię to w afekcie! wiem, że podczas kolejnego kontaktu, ta osoba mnie do niego (tj. do afektu) niewątpliwie doprowadzi! 

mój motyw nie jest z tych oczywistych oczywistości. to znaczy, nie ma żadnej polisy ubezpieczeniowej i żadnych porachunków.

mam również ochotę pozostać bezkarna. w tym celu przejrzałam pana googla. na wylot. i co? okazuje się, że statystyczny polski morderca to mężczyzna! ha! i do tego nietrzeźwy. świetna wiadomość! będą szukać nietrzeźwego mężczyzny, a tymczasem ja, trzeźwa kobieta, pozostanę poza kręgiem jakichkolwiek podejrzeń! dobra nasza, pomyślałam. teraz narzędzie zbrodni. nic nie planuję!! podkreślam! to będzie podręcznikowy afekt! wyłącznie z czystej ciekawości sprawdziłam czym mordują ci nietrzeźwi mężczyźni. według statystyk nietrzeźwi mężczyźni mordują przeważnie nożem. ofiarami są głównie: rodzina, znajomi, sąsiedzi. do morderstw najczęściej dochodzi w mieszkaniu, domu podczas libacji alkoholowej. taaaa, nie będzie żadnej libacji! 

teraz przechodzę do najważniejszego punktu programu. wykrywalność zabójstw w Polsce. zanim przeczytam dane, tkwię w świętym przekonaniu, że jest niebotycznie niska! ogólnie wiadomo, że polscy policjanci zadeptują dowody, nie zabezpieczają podstawowych śladów zbrodni i chyba nawet nie mają luminolu do wykrywania pozostałości krwi! to nie Ameryka przecież! i co? ano dupa. wykrywalność zabójstw w naszym kraju wynosi 94%! niedobrze... to dramatycznie zmienia postać rzeczy! i moją sytuację :/ na pobyt w więzieniu absolutnie nie mogę sobie pozwolić! mam przecież dzieci. szybko weryfikuję plany, tfu, ochotę. najpierw zdobędę licencję. dopiero potem zabiję. zupełnie legalnie. jak przyjedzie policja, machnę świstkiem i po sprawie.

a potem zostanę bohaterką amerykańskiego dokumentu: kobiety, które zabijają. będę pierwszą morderczynią z legalną licencją. odcinek, w którym wystąpię będzie zatytułowany: zabiła dziada! w świetle prawa!



18:51, anulina
Link Komentarze (13) »
niedziela, 30 stycznia 2011
gówno dupa sraka

po prostu. z okazji gówna dupy i sraki kupiłam w żabce 200 panoramicznych. no mówie przecież, że na dnie psychicznym jestem. i jadę z koksem. myśleć nie trzeba, a hasła- mądrości same wychodzą

słomy do ognia nie przytykaj

obiecuję, że nie będę!

nie każda uzda na każdego konia

zgadzam się!

i wreszcie:

klęska jest okazją do cnoty

200 panoramicznych z żabki na rogu przekazuje mi ewidentnie znaki z Niebiesiech...




17:53, anulina
Link Komentarze (32) »
sobota, 22 stycznia 2011
pizdeczki sreczki
znacie ten typ? pizdeczka sreczka jest najmądrzejsza. pizdeczka sreczka jest trendi dżezi i nadąża za wszelkimi trendami feministycznymi. oczywiscie w 100 procentach sie z nimi identyfikuje. pizdeczka sreczka mówi o sobie: jestem bardzo niemiła i niesympatyczna, bo wale prosto z mostu

ja też wale prosto z mostu, a wcale nie uważam się za osobę 'niemiłą'. mozna wszak bardzo milo walic prosto z mostu ;)  chcę zdefiniowac dokładnie jej 'niemiłość' pytam więc ją

ja: założmy, pizdeczko sreczko, (no tak jej nie nazywam głośno, bo ja przynajmniej udaję ze jestem miła ;) że widzisz panią X w mejkapie, który musiała nakładać z 3 godziny i pasuje jej to jak pięść do dupy. i rzeczona pani X pyta: jak wygladam? wiesz, malowałam się 3 godziny i w koncu wyszedł mi super mejkap! pani X sie cieszy, co ty na to, pizdeczko sreczko?

pizdeczka sreczka: słuchaj, ja jej mówię że wygląda beznadziejnie i niech idzie do kilbla sobie to zmyć zanim ktokolwiek ją zoczy

no więc ja na to

ja: pizdeczko sreczko, to ty jestes po prostu chamska. jesli pani X bardzo sie z tego cieszy to należy ją delikatnie poinformować, że mejkap jest niehalo i nawet zaoferowac pomoc w tym kiblu

pizdeczka sreczka: (niezadowolona z mojej odpowiedzi)

temat schodzi na dzieci. zeby nie było - nie ja temat wywołuję. mam dzieci i bardzo je kocham ale nie oceniam nikogo, kto mieć ich nie chce. majac dwa małe diabły, jestem w stanie to zrozumiec ;) pizdeczka sreczka dzieci nie ma

pizdeczka sreczka: w życiu żadnych dzieci!! 

ja: (nie namawiam. nie gadam też natrętnie o swoich dzieciach. żeby była jasność -  nie znoszę ludzi, którzy zamęczają innych gadkami o swoich dzieciach) twój wybór, jasne

pizdeczka sreczka: nawet psa nie mam. jakbym już sie miała decydować to na psa, nie na dziecko. jest przynajmniej nadzieja, że pies zdechnie po 15 latach

nienawidzę pizdeczek sreczek. rzygac mi sie chce jak słysze takie teksty. pizdeczka sreczka musi byc mega zakompleksiona i nieszcześliwa. parafrazując gretkowską (bugatti wybacz! :) 'bezczelnośc i ostrość języka pizdeczek sreczek (to okreslenie jest moje! ;) kryje po prostu zagubione duszyczki animule 'waginule', z męskiej ręki stworzone, dopełnione i zbawione'


20:30, anulina
Link Komentarze (16) »
środa, 12 stycznia 2011
do serca przez flaki

do serca trzeba trafić przez flaki (bo są serca najbliżej ;) żołądek to też swego rodzaju krwawy flak, nieprawdaż? (isn't it?). wiec Y postanowił ugodzić mnie prosto w narząd w pobliżu serca, a jesli nie w samym pobliżu to w kłębowisku podobnych flaków. w tym celu przygotował doradę w soli. po pierwsze nie wiedziałam o istnieniu takiej ryby (tak tak, prostaczka ze mnie, wiem), a po wtóre trzy kilo soli mnie rozwaliło na kawałki (tyle używam przez ok rok chyba). w komplecie do dorady i soli był młotek co potęgowało dramatyzm sytuacji

dorada prezentowała sie okazale. ponoć była razem z rybą o nazwie bar...

 

potem wygladało to wszystko dość interesująco... po zasypaniu solą i bałam się, że takiej solizny to po prostu nie ruszę...


sterczące wykałaczki zabezpieczały rybki przed solą ;) i były zadziwiająco smaczne! a po wszystkim zostało...


pobojowisko wykonane rzeczonym powyżej młotkiem. dorada i bar? już po nich. poszły gdzieś w pobliże serca... chyba ;)

hmmm już sama nie wiem co o tym myśleć wurwa




19:52, anulina
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
larwisko
wiecie co? na imprezie byłam. jak zwykle bawiłam sie średnio, siedziałam w kącie i nic nie mówiłam (oczywiście dlatego, żeby z siebie idiotki przypadkiem nie zrobić). wszyscy bawili sie świetnie, tańcowali i mieli niezły fun. zwłaszcza taka jedna larwa. ona to dopiero sie zabawila! patrzeć na nią nie mogłam! po prostu blondyna pożalsieboże! wynegliżowane pannisko, strzelające oczami niczym bazyliszek. wyginała sie, pokładała. biedaczka, pewnie ma mega kompleksy (tak sie pocieszam). z ukrycia fote jej strzeliłam. a co. i jak zwykle mam gdzieś prawa do jej wizerunku! może mnie sądzić, prosze bardzo. nie straszne mi powództwa wszelakie. a masz małpo! 


17:33, anulina
Link Komentarze (24) »
sobota, 27 listopada 2010
wymyślony narzeczony

byłam w sklepie tutaj. ot sklep zwykły najzwyklejszy. na łbie czapka z pobliskiego lumpeksu. w koszyku musztarda, 2 pomidory i chleb z miejscowej piekarni (tutaj monopolista)

- ej anulina! usłyszałam. nie zareagowałam gwałtownie tylko łypałam powoli na boki łyp łyp

- anulina ty tutaj grasujesz? teraz zauważyłam własciciela głosu. nie zdążyłam jednak go skontemplować, bo mowił do mnie dalej

- słuchaj, weź coś powiedz o tym niby narzeczonym, bo to ciekawa historia jest. wiesz, że ja czytam romanse? nie wygladam, co? a jednak. jeśli nie masz nic do powiedzenia, to wymyśl. ciekawa wymyślona historia jest czasem lepsza od prawdziwej nieciekawej

i oddalił sie chyłkiem, z czerwonym koszykiem z którego sterczała jakaś zielenina. ja dorzuciłam do koszyka jeszcze piwo marki X (spokojnie, nie będzie tutaj konkursu i nagród za wypisanie w komciach największej ilości zalet piwa) i chciałam cichaczem podreptać za miłośnikiem romansów ale zniknął. rozpłynał się gdzies między puszkami z kukurydzą a bulionowymi kostkami

zastanawiałam się jak mnie rozpoznał. to co publikuję w necie to przecież same fałszywki, zakupione za kilka marnych eurocentów. moj prawdziwy wizerunek jest publicznie nieznany. naprawdę, w tzw realu, jestem piekna zwiewna i czarująca. czesto pląsam też w poświacie księżyca tj jak widzę poświatę to natychmiast biegnę zapląsać. w sklepiku oczywiście byłam zakamuflowana w zgrzebną czapkę (skrzętnie skrywała burzę mych blond błyszczących puszystych nieprzesuszonych wlosów) oraz bury szal (z powodzeniem ukrywał gładź mojej szyi, jej nieskazitelną skórę bez sladów zmarszczek czy zęba czasu). osobnik ten, pomimo tak skomplikowanego wizerunkowego blefu, rozpoznał mnie bezbłędnie. i bezpardonowo zagaił. postanowiłam go odnaleźć. aby zbudować trochę dramatyzmu to powinnam teraz napisać: i zadać mu jedno pytanie, które nie dawało mi spokoju. ale nie napiszę tak, bo żadnego pytania nie chcę mu zadawać. chcę go po prostu wyśledzić w tym sklepiku. jak już go znajdę, to wtedy pomyślę. albo i nie pomyślę

a tzw narzeczony? hmmm ma sie dobrze... coś nie mam dnia na wymyślanie ;)

09:07, anulina
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57
| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze

link niesponsorowany

niedziela, godz 20 czasem tam gadam




web tracker



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl





Feedjit Live Blog Stats