RSS
niedziela, 31 lipca 2011
strumień świadomości
dżojsowski stream of consciousness

łaże dziś po domu ot tak sobie bez sensu łaże, a moje dziecko (lat 6,5) siedzi na fejsie i gra w miskrity. w tle leci jakaś muza. wieszam pranie i słysze jak młoda nuci wraz z utubem

seksualna niebezpieczna
taka jestem lubie być niegrzeczna
seksulanie doskonała
nie dostaniesz nigdy mego ciała

wgina mnie, wchodze do pokoju a ona nuci 'tytytytytryty lubie być niegrzeczna'

ja: co to jest?

córka: to jest po rusku mamo, ale wpisałam 'polskie tłumaczenie seksualnie nebezpieczna'

ja: (osz kurwa)

córka: mamo, szok co?

ja: jaki szok, córciu?

córka: TECHMICZNY!

ja na to, że musimy zatańczyć, bo to jest disko i to sie tańczy. i tańczymy. ja prowadze. córka nabija sie, że nie znałam tego kawałka

córka: mamo, to chodzi w necie

dżizas... to ja zawsze wiedziałam co chodzi w necie... ale dobra. dawno wypadłam z obiegu. ale w obieg wróciłam w weekend! na moment co prawda, ale zawsze. nie wiem czy ktokolwiek tutaj kojarzy music pub w mieścinie koszalin? otóż to były klimaty mojej młodości durnej. rzeczony music pub już jest zaorany, a ja w sobote trafiłam w podobne miejsce w małej wielkopolskiej mieścinie! dżiiii tam sie działo! normalnie z imprezy moje potrzydziestkowe mocno dupsko odpada po 1 nad ranem. a tam 4.00 a ja nic!

czego i wam życze po 36. urodzinach! ;)



21:46, anulina
Link Komentarze (11) »
sobota, 23 lipca 2011
wiejskie ploty

mieszkam w dużym mieście, ale moje osiedle to mikroklimat. wieś. wieś uwielbiam, bo wychowałam się w maleńkiej wiosce i do dziś wspominam z łezką w oku

scenka z mojej obecnej 'wsi'

na osiedlu jest tzw centrum handlowe. nie ma to nic wspólnego z 'galerią'. nazywa się potocznie 'centrum świerczewskie'. mały pasaż, kilka sklepików, apteka, poczta

wchodzę do jednego ze sklepów

pani otyła: o witam panią! sto lat pani nie było!

ja: dokładnie rok

pani otyła: a męża nie widzę...

ja: (wyciągam z koszyka bułki i masło)

pani chuda: (z zaplecza wygląda) aaa to pani! dzień dobry!

ja: dzień dobry

pani chuda: syna już widziałam kilka razy! urósł chłopak! a córka jaka wygadana pani!

ja: ano wygadana

pani otyła do chudej: (z niby-troską) Halinka, ale męża pani nie widziałyśmy już bardzo dawno, nie? (i spoglada na mnie badawczo...)

ja: i nie zobaczą panie

pani otyła: jak to? co sie stało? umarł? (i po chwili, tonem spryciuli) czy rozwód?

ja: (mam gdzieś co sobie myślą, pakuję w parcianą siatę jabłka i ser)

pani chuda: Jezu, kobiete z dziećmi zostawić! co za kawał dziada! a taki miły pani wygladał! taki spokojny! a tu proszę! pewnie za babą poleciał jaką! 

ja: (z uśmiechem żegnam się i wychodzę)

panie rozprawiają jeszcze chwilę nad moim wielkim nieszczęściem. bo chłop jak wiadomo to szczęście, a brak chłopa - wielkie nieszczęście. chłopa należy trzymać się rękami i nogami. jak będziesz niegrzeczna, to chłop cie zostawi i sama będziesz dzieci chować! a panie ekspedientki będa miały wdzięczny temat i miłą rozrywkę miedzy odważaniem sera i metkowaniem towaru


08:58, anulina
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 lipca 2011
rozmnożone stworzenia

gromy, gromy się znowu posypią... mój przybłąkany i przygarnięty kot Panter okazał się Panterką :/ zaczęło się od tego, że zadzwoniła do mnie babka, której tymczasowo wynajmowałam dom i po przypadkowym zoczeniu kociej kopulacji stwierdziła że są dwie możliwości: albo Panter jest gejem, albo samicą... 

podlewam kilka dni temu pelargonie, a tam pod schodami prześliczne maleństwa. rozkoszne po prostu! otrzymały już robocze imiona: 

1. jeśli będą samcami: Gosiek i Mosiek (Gosiek od ulicy, na której mieszkam, a Mosiek - bo ludzie z Mosiny tu mieszkali)

2. jeśli będą samice Gosia i Mosia

imiona są tymczasowe i oczywiście do zmiany

koty są przepiękne! jeden jest cały jasnorudziutki, a drugi (na zdjęciu nie widać jego główy, ukrył się) jasnorudziutki w białe plamy. szukają dobrych ludzi, najlepiej z Poznania lub okolic. chętnych proszę o maila anulina@gazeta.pl



miłośników zwierząt (a sama do nich należę) zapewniam, że Pantera zostanie wysterylizowana asap

zastrzegam sobie prawo do niewydania kotka


23:25, anulina
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 czerwca 2011
cipkowglądomat

czyli cipkomat siedmiolatki


kocham nasze polskie tabu. jest tego trochę. najbardziej bawią mnie tabu dotyczące chorób. weźmy taki świąd szczeliny odbytu. na to nieprzyjemne schorzenie cierpi 5% Polaków. oczywiście większość cierpi w ciszy i wstydzie, bo jak z czymś takim w ogóle iść do lekarza?! już lepiej mieć na przykład zawał - to nie wstyd! można wszystkim opowiadać. ale swędzący odbyt to porażka kompletna trzymana z reguły w ścisłej tajemnicy

tabu są różniste rodzaje. ot choćby nasze narządy płciowe...

Michalina siedzi na toalecie i usilnie próbuje zajrzeć sobie w cipkę. chociaż sama zostałam wychowana w konserwatywny sposób to odcinam się od wychowania dzieci w stylu: zostaw! nie zaglądaj tam! a fe! (czuję po kościach, że nie obędzie sie bez telefonu od mojej Mamy i pogadanki umoralniającej. jeśli tutaj wejdzie oczywiście ;) trudno. nie kultywuje wychowania w cipkowo-sisiakowym tabu. homo sum. i tyle

ja: co tam oglądasz?

Michalina: pusię

ja: i co?

Michalina: chcę tam popatrzeć, ale nie widzę... mamo, mogę wziąć lusterko i zobaczyć tam?

ja: proszę

Michalina: (bierze lusterko, ponownie siada na toalecie uzbrojona w cipkowglądomat własnej roboty) o teraz widzę... eeee... pusia jest nieładna... dużo mięsa jakby...

ja: czemu nieładna? bardzo ładna!

Michalina: a... o tutaj mamo, jest jakby dziurka...

ja: no, jest

Michalina: już wiem! (i triumfalnie) to musi być dziura po wyrwanym sisiaku!



21:19, anulina
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 30 maja 2011
jak rzucić palenie

słuchajcie, ponoć jest koleś który bardzo skutecznie odzwyczaja od palenia! ma 95% skuteczności!

poniżej historia osoby, która miała okazję się o tym przekonać. dla potrzeb bloga nazwijmy ją Teresą

siedzimy w większym towarzystwie. Teresa odpala fajkę od fajki. czyli norma

Teresa: słuchajcie, jutro idę do pana Czarymary. rzucam palenie

towarzystwo: (patrzy i nie dowierza)

Teresa: mówię wam, ten koleś ma 95% skuteczności!

towarzystwo: (skoro Teresa tak mówi, to pewnie tak jest)

ja: ale co robi ten pan?

Teresa: powiedział, że przed wizytą u niego to znaczy w dniu wizyty mam spalić dwa razy więcej fajek niż normalnie

ja: to on namawia do palenia czy odzwyczaja?

Teresa: (ignoruje mnie. wszyscy wiedzą, że się z Teresą kochamy...  i ciągnie swoją opowieść) najważniejsze jest, aby zachować peta

ja: (kurwa...)

Teresa: tego peta niesie się do pana Czarymary. on go wkłada do specjalnej maszyny i już wie, czym się zatruwasz. i może zacząć cię odtruwać

Edek z towarzystwa: ale przecież wiadomo, że tytoniem...

Teresa: (zirytowana) każdy papieros ma inne substancje!

towarzystwo: (przytakuje ze zrozumieniem. co za durne stwierdzenie tego Edka! przecież wiadomo, ze każdy papieros ma inne substancje!)

Teresa: potem następuje oczyszczanie organizmu z tytoniu. maszyna przez godzinę polem magnetycznym usuwa z organizmu cały tytoń, który się zgromadził przez kilkanaście lat palenia!

ja: łał....

ktoś z towarzystwa: ale co potem? nie chce się palić?

Teresa: właściwie to nie...

ktoś z towarzystwa: a miałaś już wcześniej to... odczulanie?

Teresa: tak, dwa razy

ktoś tam: i co? nie zadziałało?

Teresa: zadziałało super! 

ktoś inny: to czemu palisz?

Teresa: przez własną głupotę! pan Czarymary powiedział, że nie należy już palić, a ja durna zapaliłam! a jak się raz zapali to przestaje działać...

ja: uuuuu niedobrze...

Teresa: jak poszłam drugi raz to głupia za mało paliłam przed zabiegiem! pan Czarymary powiedział, że jeśli nie ma w organizmie wystarczająco dużo tytoniu to może nie zadziałać. i dlatego znowu nie zadziałało!

imię pana cudotwórcy zostało zmienione ;) koszt wizyty to 500 zł. Teresa jest dyrektorem. ma wyższe wykształcenie (tak twierdzi w każdym razie). w nielicznych wolnych chwilach czyta harlekiny. i rzuca palenie


20:39, anulina
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 23 maja 2011

kiedy mam wykonać idiotyczne zadanie mój umysł zawsze sprytnie ucieka i klei coś z liter. nie jestem żadną literatką, ot zwykła pani filolog lubiąca litery

nie zarabiam pisaniem na życie. nie muszę się nikomu przypodobać ani pisać po wymaganej linii. piszę co chcę i jak chcę. lata temu zaczęłam publikować swoje pisanie na różnistych literacko-poetyckich portalach i doświadczenie to było na początku dość dziwaczne. jedni od razu mnie 'załapali', a inni wiedzieli lepiej jak to czy tamto napisać. ktoś nazywał mnie nawet nędzną grafomanką, która pisanie powinna natychmiast porzucić dla psychicznego dobra czytelników. kiedyś, dawno temu nawet się tym przejmowałam! no nie od razu żebym nie spała z tego powodu, ale krytykę odbierałam bardzo osobiście. z czasem zrozumiałam, że piszę bo lubię, a jeśli się komuś nie podoba to przecież nie musi czytać. w necie jest mnóstwo 'znawców warsztatu literackiego'. ich 'porady' przedstawiane we wszechwiedzącym tonie teraz już mnie zwyczajnie śmieszą. motto pani sary, które brzmi: 'komentować łatwiej niż pisać' jest bardzo trafne

wracając do nudnego zadania. było naprawdę bezsensowne i zanim się do niego zabrałam przeczytałam wywiad z poetką Urszulą Kozioł. nota bene, zadanie nie miało nic wspólnego z poezją, ale mój umysł potrzebował chwili relaksu przed tym całym durnym zadaniem. babka mówi o poezji tak, że aż chce się jej słuchać. nie ma idealnej recepty na idealny wiersz. nie interesuje jej poezja 'udziwniona', 'zakręcona', sztuka dla sztuki. kiedy słowna gimnastyka idzie w kierunku ekstremalnej akrobatyki - poezja tylko na tym traci. przypomniałam sobie wtedy tych wszystkich wszechwiedzących krytyków i na kolanie skleciłam dla nich wierszyk

do wszechwiedzących poetyckich krytyków

mam gdzieś poetyckie
warsztaty sraty pierdziaty
krytykom się nie kłaniam
literami zasłaniam

C na plecach kładę
H rogami sroży
U jak byk stanęło
J jak jot... walnęło

Z podziabie dziobem

W nogi rozkłada
A
M nie jak miłość
I cała tyrada

a potem już mogłam spokojnie zająć się durnym zadaniem ;)



18:42, anulina
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 maja 2011
wielbłądy i martwy koń


hej czytacze moi. dziś porozmawiamy o zwierzętach. nie, nie spokojnie. nie uciekajcie jeszcze. dajcie szanse. nie będzie o hodowaniu rybek (chyba najnudniejsze hobby świata), ani o chomiczkach (miałam z cztery i każdego naprawdę kochałam swoją dziecięcą miłością), ani nawet o kanarkach (o tym jak mój tata ratował kanarka już pisałam kiedyś ;) o kotach też nie będzie. bo każdy właściciel kota uważa, że jego kot jest najmądrzejszy. ja też tak uważam. Bamberka jest najlepszą kotką na świecie i zawsze mogę na nią liczyć. jeśli na przykład zostawię ją w domu to mogę liczyć, że zasika dywanik w łazience

będzie o wielbłądach. i martwym koniu

na szkoleniu byłam proszę państwa. za wiele to sie nie dowiedziałam ale w ankiecie 'ocena szkolenia' napisałam same superlatywy. jak napiszesz, że do dupy to na żadne inne szkolenie więcej nie pojedziesz. wolałam więc nie ryzykować

ze szkolenia zapamiętałam głównie historię o 17 wielbłądach. reszta była nudna jak flaki z olejem

historia o 17 wielbłądach

na Saharze żył sobie staruszek. miał 3 synów i 17 wielbłądów. pewnego dnia staruszek zmarł. po jego śmierci synowie znaleźli testament. w testamencie było napisane:

kochani synowie, moją ostatnią wolą jest aby podzielić 17 wielbłądów następująco:

1/2 wielbłądów dla najstarszego syna
1/3 wielbłądów dla średniego oraz
1/9 wielbłądów dla najmłodszego

synowie najpierw się ucieszyli, że ojciec wszystko pięknie podzielił, ale kiedy siedli do rachunków to miny im rzedły, rzedły aż zrzedły kompletnie. przecież nie będą rąbać wielbłądów, aby się podzielić. zresztą to jest historyjka o żywych wielbłądach. co komu po porąbanym i martwym wielbłądzie? (gdyby znali następną historyjkę to może i nie pogardziliby martwym? ;) dobra. siedzą, liczą, pocą się, słońce praży. niefajnie jednym słowem. w pewnym momencie patrzą, a na horyzoncie widać jakąś postać. w pierwszej chwili pomyśleli, że to fatamorgana, że upał i rachunki równa się totalny omam wzrokowy. ale nie. postać wyraźnie zmierzała w ich kierunku. wędrowiec na wielbłądzie. w końcu doczłapał się do trójki osieroconych braci i natychmiast zauważył, że coś ich trapi. bracia nakarmili i napoili wędrowca, a następnie opowiedzieli o co kaman. wędrowiec uśmiechnął się i powiedział: a weźcie mojego wielbłąda, to łatwiej pójdą rachunki. no to wzięli

mieli teraz 18 wielbłądów

1/2 = 9 wielbłądów
1/3 =6 wielbłądów
1/9 = 2 wielbłądy

każdy wziął swoje i... jeden został (9+6+2=17) wędrowiec na to: ok, to ja teraz zabieram swojego i odjeżdżam. potem wykrzyknął coś, co w języku środkowo saharyjskim oznaczało adieu! i odjechał pozostawiając braci w stanie najwyższego skonfundowania...

to bylo takie małe zadanie na rozruszanie mózgu ;)

teraz martwy koń. dla mnie rewelacja. historia pochodzi ze stron Instytutu Doradztwa Strategicznego

mnogość rozwiązań poniższego problemu mnie rozwaliła

Historia o martwym koniu
 
Stara mądrość mówi, że kiedy odkryjemy, że koń, na którym jedziemy padł, najlepszym wyjściem jest z niego zsiąść.
Jednakże w biznesie znane są również inne strategie, takie jak:
  • kupno mocniejszego bata,
  • zmiana jeźdźca,
  • zapewnienia typu "Zawsze jeździliśmy w ten sposób na tym koniu",
  • zwołanie komisji do zbadania konia,
  • organizowanie delegacji mających na celu sprawdzenie, jak gdzie indziej jeździ się na martwych koniach,
  • opracowanie standardów dotyczących jazdy na martwych koniach,
  • zatrudnienie psychologa mającego przywrócić martwemu koniowi chęć do jazdy,
  • szkolenie dla pracowników, mające podnieść ich zdolności jeździeckie,
  • analiza sytuacji martwych koni w dzisiejszym otoczeniu,
  • zmiana norm, która sprawi, że koń nie zostanie uznany za martwego,
  • zatrudnienie podwykonawców mających ujeżdżać martwego konia,
  • zebranie wielu martwych koni dla zwiększenia szybkości,
  • ogłoszenie, że żaden koń nie jest zbyt martwy,
  • przeznaczenie dodatkowych środków na zwiększenie wydajności konia,
  • przeprowadzanie analizy rynku mającej wykazać, czy podwykonawcy mogą ujeżdżać tego konia taniej,
  • kupno produktu mającego sprawić, że martwy koń będzie biegał szybciej,
  • ogłoszenie, że koń jest teraz: lepszy, tańszy i szybszy,
  • przeprowadzenie badań nad sposobami wykorzystania martwych koni,
  • dostosowanie wymagań wydajności dla martwych koni,
  • ogłoszenie, że przy produkcji tego konia, koszt był zmienną egzogeniczną,
  • uznanie obecnego stanu konia za standard,
  • awansowanie tego konia na stanowisko kierownicze.

gdyby nasi bracia znali tę historię to z pewnością natychmiast uśmierciliby jednego wielbłąda i skorzystali z ostatniego punktu tj. awansowali go na Głównego Specjalistę Sahary ds. Trudnych Rachunków

a jeśli prowadzisz własną firmę, to to też jest fajne

ja nie prowadzę, ale natychmiast zdiagnozowałam firmę, w której pracuję. chociaż, szczęśliwie, nie należę do top menedżmentu ;)

tekst o martwym koniu oraz linki umieszczam za zgodą i wiedzą właściciela stron. dla komciowych krzykaczy - zero sponsoringu tym razem więc nie wypasę się ;) to ja sama, po przeczytaniu o martwym koniu poprosiłam o zgodę na wykorzystanie tekstu na blogu


 to jak? doliczyliście się tych wielbłądów? :))


17:43, anulina
Link Komentarze (12) »
piątek, 06 maja 2011
łasmacibor

z braku męża rozmawiam z dziećmi


imię siostry księżnej

Micho: mamo, a ona ma na imie Pipa?

ja: tak, Pippa (wyraźnie wymawiam podwójne P, Michalina oczywiście niby nie słucha ale radary włączone)

po jakims czasie Michalina rozmawia z kolegą, który ją odwiedził

Michalina: a wiesz, że jest takie imie Cipa?

kolega: ??

ja: (wtrącam się) nie Cipa tylko Pippa

Michalina: cipa i pipa to to samo


komplementy

wracam z pracy. Micho prosi żebym mu zrobiła jajecznicę. cyk cyk i gotowa

ja: Micho! chodź! masz jajecznicę!

Micho: już?

ja: tak

Micho: mamo, ale ty jesteś szybka. i piękna. i bojowa!

Michalina: (wtrąca się) i zawsze tak ładnie pachniesz!


Mario

dzieciaki uwielbiają klepać w Mario (Mario to ten, co ma mocniejszą głowę niż Polacy) rozumiem je, bo to była pierwsza gra na moim commodore ;) co prawda miałam wtedy 14 lat. faze na Mario ma teraz Michalina, Michał jest na etapie Metina

Michalina: (gra w Mario) znowu te łasmacibory

ja: kto?

Michalina: no tutaj te ludziki, łasmacibory, nie lubie ich

ja: jakie łasmacibory? czemu ich tak nazywasz?

Michalina: bo ciągle krzyczą: łasmacibor!*

ja: (podchodzę do kompa, przysłuchuje się krzykom ludzików i już wszystko rozumiem

* łasmacibor = where is my keyboard?


a na koniec motto Michaliny przyniesione z przedszkola:

dziewczyny rządzą, chłopaki błądzą!

moja dziewczynka! ;)


Tagi: Mario
20:02, anulina
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 kwietnia 2011
wiecie gdzie mam staranność...?

primo po pierwsze. konkurs Blumag zakończony. karo dawaj na mojego maila (anulina@gazeta.pl) swój adres tradycyjny. uczłowieczanie czyli homogenizacja wywołała u mnie ciąg skojarzeń, który świadczy o tym, że homogenizacja ma związek z człowieczą formą: homogenizacja -> serek -> ser -> sir

teraz staranność. a właściwie niestaranność. już mnie szlag trafia jak tylko słyszę to słowo. jeśli wasze dzieci są niezłe w szkole i brylują czytaniem i pisaniem w przedszkolu, a jak przychodzicie do ww. instytucji i słyszycie, że bardzo ładnie liczy, czyta ale 'jest niestaranny/a' i pani jedna z drugą rozwodzą się nad tym jak ważna jest w życiu 'staranność' to ok, wysłucham zawsze grzecznie do końca ale słuchając myślę sobie: a w dupie mam tę całą staranność!

tak, przyznaję. ja nie jestem staranna i moje dzieci też nie. piszę fatalnie (ale kto teraz pisze ręcznie?) czasem Michowi usprawiedliwienie napiszę, ot całe moje ręczne pisanie

rozmowa z wychowawczynią Micha

ja: to super, że wszystko super

wychowawczyni: ale wie pani, jest jedna rzecz... on jest bardzo niestaranny... bardzo brzydko pisze...

ja: no wszystkiego mieć nie można...

wychowawczyni: nad tym trzeba pracować... bo wie pani, staranność jest bardzo ważna. jeśli będzie niestaranny, to na przykład będzie miał problem ze znalezieniem pracy...

ja: ????? 

wychowawczyni: (patrzy na moją minę. widzi, że nie rozumiem o co jej chodzi) rozumie mnie pani?

ja: nie. ja piszę fatalnie i jestem bardzo niestaranna. a w związku z tym nie miałam nigdy problemów ze znalezieniem pracy


przez tzw niestaranność miałam zawsze problemy w szkole i tylko tam. za zeszyt było trzy na szynach wiec średnia ocen była obniżona tą durną oceną za zeszyt... zawsze próbowałam dyskutować z nauczycielami, że przecież ze sprawdzianów mam piątki i z odpowiedzi też 5 więc co ma do mojej wiedzy zeszyt?? wtedy okazywało się, że bardzo dużo: zeszyt=niestaranność=moja dyskusja=pyskujesz do nauczycieli=obniżone sprawowanie=poprawne=nie dostaniesz plakietki wzorowy uczeń

a w dupie miałam te plakietki! i całkiem słusznie, że tak zawnioskuję po latach. lepiej być niestarannym i niegłupim niż bardzo starannym i głupim

a dwa w jednym to tylko szampon

i próbka niestaranności w wydaniu Micha. ma zeszyty podobne do moich... przyznam nawet, że uczeń przewyższa w niestaranności mistrza...



18:11, anulina
Link Komentarze (19) »
środa, 20 kwietnia 2011
nota na dragach

jak każdy bloger dostaję na maila różnistą korespondencję. często są to prośby o 'wymianę linków' albo zareklamowanie tj przemycenie w treści jakiegoś słowa. z reguły traktuję takie maile jako spam. tym razem jednak przyszedł mail w sprawie poprawiania sobie nastroju. w tym to akurat celuję więc korespondencję doczytałam do końca. było 'witam anulino' oraz 'chcielibyśmy zaproponować ci udział w akcji' itp. dobra, jeśli chodzi o poprawę nastroju to wchodzę. kokosów na tym nie mam (ot magnezu się za friko najem), ale jeśli czytelnicy wykażą się kreatywnością to ten najbardziej kreatywny dostanie NAGRODĘ. nagroda sponsorowana jest przez firmę Blumag, która wynalazła niejaki NASTROJOMETR

mag to chyba magnez – pomyślałam sprytnie (któż by podejrzewał, że jestem aż tak domyślna?) a magnez łykam, bo oko mi często lata i stresa życiowego mam, a ponoć magnez na stres też działa. nota bene jak sobie dobrze wmówić, to nawet herbatka z melisy ma moc relanium 5mg. dobra. wiemy już, że mam stresa życiowego i jakoś sobie z nim radzę. no bez przesady, nie do końca sama. w apogeum stresu latałam do psychoterapeuty. dla ścisłości - apogeum to nie moment kiedy łamiemy obcas tylko moment kiedy wasze układane latami życie w 5 minut rozpada się na kawałki (zamiast 'rozpada' chciałam użyć słowa 'rozpierdala' bo ono tutaj najlepiej pasuje, ale że nota jest było nie było sponsorowana to nie wypada!) wyczołgałam się na szczęście z bagna psychicznego, posklejałam i połatałam

wróciłam do starych metod poprawy nastroju. w moim przypadku proces polega na  kierowanie procesów myślowych (tak tak, zachodzą takowe w mojej blond główce!) w stronę absurdu. uwielbiam absurdalny humor. odziedziczyłam to w genach po moim tacie. tata na przykład bardzo lubi jak się mu przy włosach coś robi, czesze itp. jako dzieci z moim bratem zarabialiśmy po złotówce na donaldówy za czesanie taty, a miał bardzo grube i buje włosy. pewnego dnia wymyśliłam, że zrobię tacie super fryza, wzięłam swoje spinki, gumki i nawpinałam mu we włosy, powiązałam. tata oczywiście poddawał się zabiegom z wielką przyjemnością. nagle dzwonek do drzwi. mama otwiera a tam stoi facet z papierami: 

- dzień dobry, czy jest pan inżynier X? mam tutaj dokumentację do podpisu…  

a tata po prostu wstał z fotela i z różowymi spinkami pojawił się przed owym facetem…


teraz, jeśli ktoś mi zepsuje humor to (powinnam napisać że łykam magnez ale nie łykam, bo służy mi on głównie jako remedium na latające oko!) wymyślam sobie różne słowa i nadaje im inne znaczenia. przykład z niedawna: babka z poczty na mojej wsi popsuła mi dobry, wiosenny nastrój. wymyśliłam sobie wtedy trzy słowa: 

deratyzacja – równie dobrze może oznaczać przecież pozbawianie kogoś jego racji! od razu wpasowałam słowo w kontekst: dyskutowałam ostatnio z moim wujem Józefem na temat wyższości energii atomowej nad tą, pozyskiwana z kamiennego węgla. na początku dyskusji byłam przekonana do swoich racji – naczytałam się trochę i wprawnie żonglowałam argumentami. niestety, wuj Józef jest 10 razy mądrzejszy ode mnie w tej kwestii – z wykształcenia chemik, mega oczytany. w toku dyskusji kompletnie mnie zderatyzował :D

fosforyzacja - tak powinien nazywać się proces świecenia naszych kości jak już nas włożą do grobów. faszerujemy się różnymi chemikaliami na poprawę nastroju ;) i inne dolegliwości. w życiu doczesnym same plusy, w życiu wiecznym również: będzie jaśniej na ziemskim padole!

pasteryzacja - w przypadku tego słowa wyobraziłam sobie pana Pasteura (od którego przecież słowo pochodzi) poddanego procesowi, który sam wynalazł. przecież najlepiej sprawdzić odkrycie empirycznie!

teraz wasza kolej, drodzy czytacze. proszę w komciach o słowa, które wam poprawiają humor. może też nadajecie wyrazom nowe znaczenia? jest fajna nagroda, sponsorowana przez firmę Blumag! nagrodę – pokaźną ilość polepszacza nastroju (całkowicie legalna substancja ;) prześlę zwycięzcy tradycyjną pocztą. przyda się, bo babki z poczty potrafią czasem skutecznie popsuć humor!

teraz jeszcze raz (zgodnie z 'ustaleniami ;) polecę NASTROJOMETR




i jeszcze musze za te tablety umieścić tu regulamin konkursu
19:29, anulina
Link Komentarze (17) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze

link niesponsorowany

niedziela, godz 20 czasem tam gadam




web tracker



Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl





Feedjit Live Blog Stats